Ciemne chmury nad światową gospodarką

Co oznaczają dla gospodarki światowej, europejskiej i polskiej decyzje podejmowane przez nowego prezydenta USA Donalda Trumpa? Czy mamy wpadać w panikę, czy raczej chłodnym okiem obserwować jakie zjawiska ekonomiczne zaczną występować? Jaki wpływ m.in. na Polskę może mieć wojna celna, którą grozi Trump? Na te i inne pytania odpowiada prof. Aneta Zelek – znana szczecińska ekonomistka, wykładowca akademicki, trener kadr menedżerskich i była rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu.

Co Pani pomyślała, kiedy okazało się, że Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w USA?

Szczerze się zmartwiłam, bo uczciwie wsłuchiwałam się w zapowiedzi Trumpa jako kandydata, które padały w kampanii wyborczej. Jego MAGA (Make America Grat Again) zyskała poparcie, bo obiecał powrót do gospodarczej, nie tylko politycznej hegemonii USA w świecie. Mniej niepokoju wywołały we mnie pomysły Trumpa skierowane do amerykańskiego biznesu – deregulacja, obniżenie fiskalizmu, budowanie potęgi motoryzacyjnej, cyfrowej i energetycznej. To ma być po interwencjonistycznych rządach demokratów liberalna rewolucja, która przyniesie Ameryce prawdopodobnie ożywienie gospodarcze. Nie dziwi mnie więc, że amerykańska giełda zareagowała na wygraną Trumpa tak entuzjastycznie. Niestety zaadorował on amerykański biznes również zapowiedziami stanowczej polityki protekcjonistycznej, a to już rodzi skutki dla gospodarki globalnej. Wojna celna jako główny element polityki Trumpa 2.0 wobec reszty świata, choć z pewnymi perturbacjami właśnie zaczyna się tlić. I nie tylko wzbudza dzisiaj najwięcej niepokoju i niepewności ekonomicznej, ale oznacza wywrócenie stolika – dotychczasowego porządku ekonomicznego świata.

Trump zapowiedział, że podniesie cła na towary importowane do USA. Na razie nie udało mu się z Kanadą i Meksykiem. Ale ma to czekać także kraje Starego Kontynentu. Czy grozi nam wojna handlowa USA kontra reszta świata, USA kontra Europa? Jak to się może odbić na polskiej gospodarce? Najnowsze badania pokazują, że obawia się tego ponad 55 proc. Polaków.

Ryzyko eskalacji globalnej wojny celnej oceniam jako bardzo wysokie. To pewne, że Trump nie odpuści, tak jak pewne jest, że jego celne dekrety nie pozostaną bez odpowiedzi. Musimy spodziewać się amerykańskich ceł importowych i ceł odwetowych na amerykański eksport. Dla niektórych krajów to będzie potężny cios, dla innych czynnik pośrednio wpływający na koniunkturę. Co oczywiste, dla bezpośrednich sąsiadów USA, a jednocześnie istotnych partnerów handlowych, czyli dla Kanady i Meksyku to koniec epoki USMCA. Warto przypomnieć, że Umowa Stany Zjednoczone-Meksyk-Kanada (USMCA) weszła w życie w 2020 r., w pierwszej kadencji Trumpa, zastępując po blisko trzech dekadach Północnoamerykański Układ o Wolnym Handlu (NAFTA) i przyniosła ogromny wzrost obrotów handlowych między tymi krajami. Dzisiaj Trump wyrzuca do kosza ten układ i tym samym rezygnuje z wzajemnego handlu o wartości ok. 2 bln dolarów rocznie. Import z Meksyku i Kanady to ok. 1/3 całego importu w USA. Ale trzeba też pamiętać, że te dwa kraje odbierają ok. 30 proc. amerykańskiego eksportu. Mam wrażenie, że Trump nie bierze więc pod uwagę, że cłami importowymi zniszczy dorobek amerykańskich eksporterów. Według ostrożnych szacunków Oxford Economics, cła zmniejszą handel w Ameryce Północnej o przynajmniej 50 proc. Nie ma złudzeń, że podobne plany ma Trump wobec handlu z UE. Padają z jego ust schizofreniczne wręcz zarzuty wobec krajów europejskich, że „traktują Amerykę okropnie”, „nic od nas nie kupują”, „generują deficyt handlowy po stronie USA”. A jakie są fakty? W istocie w ostatnich latach bilans w handlu towarami między USA i UE jest dla amerykanów niekorzystny i wynosi ok. 150 mld euro nadwyżki dla UE. W handlu usługami te proporcje wyglądają jednak odwrotnie - to USA mają w nich nadwyżkę o wartości ponad 100 mld euro. Tymczasem 47 prezydent Stanów Zjednoczonych rozprawia o deficycie w kwocie 300 mld dolarów – a więc podejmuje decyzje na podstawie fałszywych danych. Do dzisiaj jednak, poza zapowiedziami wojny celnej z Europą nie znamy potencjalnych stawek celnych.

Spekulacje medialne donoszą o możliwości zastosowania ceł na poziomie 20-30 proc. na import z UE, co integrowałoby je z taryfami nałożonymi na Kanadę i Meksyk.

To czarny scenariusz, jednak niewykluczony. Jedno jest pewne – UE nie pozostawi gestów Trumpa bez odpowiedzi. Z pewnością będzie jakaś odpowiedź Komisji Europejskiej i cła odwetowe na import z USA. Warto przypomnieć, że eksport do USA to ok. 20 proc. całego eksportu Unii. Największe straty mogą odnotować najwięksi eksporterzy towarów do USA – są to: Niemcy, Włochy, Irlandia, Francja, Holandia. Nie ma na tej liście Polski, bo polski eksport za Atlantyk stanowi jedynie 3 proc. wartości całego polskiego eksportu. Można więc mieć nadzieję, że dla polskiej gospodarki „celne ciosy” nie będą tak dotkliwe jak dla wymienionych. Z pewnością jednak trzeba się spodziewać, że oberwiemy rykoszetem. Jesteśmy przecież wielkim dostawcą komponentów dla niemieckiego przemysłu (w tym głównie motoryzacyjnego). Kłopoty niemieckiego eksportu do Stanów staną się więc też naszym udziałem w postaci zredukowanych zamówień. Nie uspokaja mnie łagodzący ton polskiego premiera, który twierdzi, że „unijna gospodarka uniknie kryzysu po nałożeniu ceł przez Waszyngton”. Bliżej mi do projekcji licznych ośrodków analitycznych, wskazujących na bezpośrednie skutki wojny celnej w postaci obniżenia unijnego PKB od 0,1 do 0,5 proc. rocznie. Co więcej, polityka Trumpa skoncentrowana na ochronie interesów amerykańskiego przemysłu, istotnie ograniczy dostęp europejskich firm do ważnych amerykańskich sektorów, takich jak rynki surowcowe, technologii cyfrowych czy energetyki, a to kolejny kłopot dla i tak wątłej i wątpliwej konkurencyjności unijnej gospodarki.

Jakie zjawiska ekonomiczne będą towarzyszyć wojnie handlowej? Kto na niej może zyskać a kto stracić? Np. w Kanadzie doszło do ogólnej mobilizacji społeczeństwa, które zaczęło bojkotować amerykańskie towary. Czy to może być sposób na powstrzymanie drastycznych decyzji Trumpa – bojkot amerykańskich towarów, technologii, surowców? A może Europa powinna nałożyć cła odwetowe na USA? Jak powinna zachować się Polska? Mówić jednym głosem z Europą czy reagować indywidualnie?

Pytanie brzmi, czy wojny celne dają komuś wygraną? Oczywiście nie! Wojna celna to poważny destymulator i zakłócacz wzrostu gospodarczego, czynnik wywołujący dekoniunkturę. A przecież światowa gospodarka jeszcze leczy rany po okresie kryzysu covidowego i kryzysu związanego z cenami nośników energii. Potrzebujemy powrotu na ścieżki wzrostu. Cła oddalą nas od tych ścieżek. Nie będzie zatem wygranych, będą tylko ofiary. Największymi ofiarami będziemy my konsumenci, ostateczni nabywcy drożejących dóbr i usług. Tak naprawdę to my uiścimy te amerykańskie i te odwetowe cła. W perspektywie kilku miesięcy cła przyniosą oczywisty wzrost cen towarów nie tylko na półkach sklepowych w USA, ale także w państwach, które zdecydują się na cła odwetowe. Oczywiste wzrosty cen przywrócą z trudem ustępującą inflację. I żaden bojkot tego nie zatrzyma. Oczywiście, bojkot amerykańskich towarów może nam przynieść satysfakcję, ale tylko w wymiarze mentalnym. Z pewnością takie bojkoty mają charakter symboliczny, ale w długim okresie nie wpływają na skalę obrotów handlowych. Osobiście nie wierzę w groźbę gospodarczego izolacjonizmu Stanów Zjednoczonych. Większe znaczenie ma reakcja na amerykańskie taryfy celne. Obserwujemy właśnie stanowcze odpowiedzi Kanady i Meksyku i zadziwiająco niestanowcze, spolegliwe reakcje Chin. A jaka może i powinna być odpowiedź Unii? Rzecznik KE zapowiada, że Unia „stanowczo zareaguje na działanie każdego partnera handlowego, który niesprawiedliwie lub arbitralnie nakłada cła na towary UE”. Idziemy więc na zwarcie. Nie wykluczam też, że w Europie nastanie epoka protekcjonizmu europejskiego. Francuzi na przykład wzywają do przegłosowania „Buy European Act”. Inni stawiają na nowe partnerstwa handlowe, np. z Ameryką Południową (umowa Mercosour), czy z dynamicznie rozwijającymi się Indiami. Wszystko po to by zredukować silne uzależnienie od handlu zagranicznego z USA. Polska z dużym prawdopodobieństwem nie podejmie żadnych indywidualnych działań odwetowych. Co do zasady – polityka celna UE jest wspólna dla 27 członków, a decyzje w jej sprawie pozostają w gestii Komisji Europejskiej. Ale oczywiście technicznie wyobrażam sobie indywidualne reakcje poszczególnych krajów. Nie zdziwią mnie na przykład odrębne decyzje Danii, bo Trump zasygnalizował użycie dodatkowych, wyjątkowo opresyjnych taryf wobec Danii w tle roszczeń USA do terytorium Grenlandii.

Według ekonomistów wojna handlowa USA ze światem może doprowadzić do szybkiego wzrostu cen w amerykańskich sklepach i wzrostu poziomu inflacji. Według Trumpa byłoby to krótkotrwałe zjawisko, które potem ożywiłoby krajową produkcje i obniżyło ceny. Jakie jest Pani zdanie na ten temat?

Jak wspomniałam wcześniej – impulsy celne podnoszą ceny. Koniec kropka! Kiedy Trump obiecuje Amerykanom, że to będzie krótkotrwałe zjawisko to albo nie rozumie związków przyczynowo – skutkowych w ekonomii, albo cynicznie kłamie i manipuluje.

Czy wojna handlowa nie spowoduje, że niektóre kraje zwrócą się np. w kierunku Chin zawierając z tym krajem sojusze gospodarcze?

Pozornie wydaje się, że zwrot w kierunku Chin to świetny pomysł na dywersyfikację ryzyk handlowych i przede wszystkim genialny zabieg mający na celu „utarcie nosa Trumpowi”. Osobiście oceniam jednak, że taka polityka może okazać się wielce ryzykowna. Rzecz w tym, że większość gospodarek ma już dzisiaj poważne deficyty w handlu z Państwem Środka i – co jeszcze ważniejsze – ma silne technologiczne i surowcowe uzależnienie od Chin. Nie jest tajemnicą, że Chiny dominują na światowym rynku półprzewodników oraz dysponują największymi złożami tzw. metali ziem rzadkich, kluczowych dla produkcji półprzewodników. Zbliżanie się do Chin oznaczać może więc pogłębianie uzależnienia, a przecież trzeba pamiętać, że chiński przywódca Xi Jinping może się w niedalekiej przyszłości okazać nie mniej nieprzewidywalny i nieobliczalny niż sam Donald Trump. Nie ulegałabym więc pokusie zawierania bliższych sojuszy z Chinami. Zdaje się, że lepszą strategią jest poszukiwanie zdywersyfikowanych źródeł dostaw i rynków zbytu w różnych częściach świata.

Zapowiedzi polityki celnej Trumpa spowodowały wzrost cen złota. Jakich innych ekonomicznych zjawisk możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Zwyżka cen złota na rynkach światowych rozpoczęła się na długo przed rozstrzygnięciem wyborów na gospodarza Białego Domu, bo pod koniec 2023 roku, choć faktycznie dynamika wzrostu cen jest najostrzejsza właśnie teraz. Obawiam się jednak, że jedyne co czeka ceny na rynkach światowych (w tym ceny złota itp.) to ogromne fluktuacje, wahania, niestabilność i zmienność. Obok tego, czego możemy się spodziewać po polityce Trumpa, spodziewamy się w najbliższym czasie jeszcze wielu ryzyk i tzw. triggerów zmian w światowej gospodarce i finansach. Nie możemy wykluczyć rosnących napięć geopolitycznych (losy wojny w Ukrainie, konflikt na Bliskim Wschodzie i jego skutki dla całego regionu, agresywne ruchy Korei Północnej, niespełnione jak dotąd chińskie apetyty na przejęcie kontroli nad Tajwanem), „trzęsienia ziemi” w globalnej polityce gospodarczej (ryzyko wojen handlowych, celnych, walutowych), ryzyka powrotu inflacji oraz zaskakujących zmian cen surowców energetycznych. Niech więc niż zdziwią nas w tym roku wahania kursu dolara wobec innych walut, nagłe wzrosty i nagłe spadki cen surowcowych czy w końcu zaskakujące decyzje dotyczące stóp procentowych. Gospodarka światowa zasnuta jest dzisiaj kłębiastymi chmurami. Mamy bardzo słabą widoczność. Trudno będzie utrzymać szybką prędkość i daleko zajechać.

Jak polityka migracyjna Trumpa może wpłynąć na światową, europejską i polską gospodarkę?

Jedną z kluczowych obietnic wyborczych Donalda Trumpa stała się zapowiedź masowych deportacji nielegalnych imigrantów. Chodzi o nawet 13 mln osób, co stanowi niemal 4 proc. populacji USA i ponad 8 proc. zatrudnionych. Choć dzisiaj skala deportacji jest raczej mikronowa, to jednak obawy o jej negatywny wpływ na amerykańską koniunkturę są uzasadnione. Obawy w tym zakresie zgłaszają nawet środowiska biznesu sprzyjające Trumpowi, a Międzynarodowy Fundusz Walutowy przestrzega, że zmniejszenie salda migracji do USA trwale obniży PKB w USA od 0,5 proc. do 0,7 proc. Inne skutki, to zwiększająca się presja płacowa i powrót do wyższej inflacji. Paradoksalnie więc, deportacje mogą przynieść samym Amerykanom więcej szkód niż pożytku. Nie przeceniałabym z kolei wpływu tych zdarzeń na gospodarkę świata, Europy czy Polski. A to dlatego, że – jak wskazują raporty Amerykańskiego Departamentu Bezpieczeństwa - 90 proc. nielegalnych imigrantów pochodzi z Meksyku, Ameryki Południowej i Środkowej oraz Azji. Deportacje nie dotyczą zatem Europejczyków, w tym Polaków, a jeśli nawet, to chodzi raptem o kilka tysięcy osób. To nie jest skala, która mogła by zatrząsnąć nawet najmniejszą gospodarką.

Jaki wpływ na gospodarkę świata, Europy i Polski może mieć spodziewane zakończenie wojny w Ukrainie?

Koniec wojny w Ukrainie będzie w tym roku najbardziej wyczekiwanym zdarzeniem. Gospodarka regionu już czeka w blokach startowych. Czym bliżej rozmów pokojowych, czym bliżej rozstrzygnięcia, tym więcej optymizmu ekonomicznego. Rynki finansowe już dyskontują potencjalny pokój. Umacniają się wyceny europejskich aktywów, euro odzyskuje powoli swoją wartość wobec dolara, rosną indeksy na europejskich giełdach, osiągając dawno niewidziane poziomy. To wszystko dowody na to jak gigantyczne znaczenie dla gospodarki europejskiej będzie miało zamknięcie tego konfliktu. Tak, jak inwazja Rosji wstrząsnęła na 3 lata ekonomią Europy (zapłaciliśmy doprawdy wysoką cenę za sankcje gospodarcze wobec Rosji), tak i zakończenie wojny w Ukrainie będzie miało olbrzymie oddziaływanie na gospodarkę kontynentu. Wszystko jednak zależy od tego, który ze scenariuszy końca wojny się ziści. Czy to będzie trwałe zakończenie konfliktu, czy jednak tylko czasowe zawieszenie broni. W tym pierwszym optymistycznym (jednak czy realistycznym?) scenariuszu – jak szacują analitycy – gospodarka europejska przyspieszy o 0,5 proc. PKB. W drugim scenariuszu już mniej optymistycznie zakłada się wzrost PKB w UE o 0,2 proc. Głównymi czynnikami optymizmu są nadzieje na poprawę nastrojów i klimatu ekonomicznego, inwestycje związane z odbudową Ukrainy oraz udział europejskich firm w tej odbudowie, stabilizacja rynku surowców energetycznych i powrót zaufania inwestorów do europejskich rynków kapitałowych. Na tym tle wydaje się, że Polska powinna silnie kontrybuować w wymienionych, potencjalnych korzyściach wygaszenia konfliktu zbrojnego w Ukrainie. Już sobie ostrzymy zęby na wielomilionowe kontrakty inwestycyjne w odbudowę Ukrainy. Pytanie tylko czy te, często lukratywne kontrakty trafią do nas. Z jakichś przyczyn Goldman Sachs ocenia, że krajami UE, które w największym stopniu skorzystają na odbudowie Ukrainy po zakończeniu wojny, będą Niemcy i Hiszpania. Wbrew powszechnym oczekiwaniom i trochę defetystycznie kreślę też taki scenariusz, w którym polska gospodarka traci na pokoju w Ukrainie. Wyobrażam sobie bowiem, że istotny odsetek ukraińskich emigrantów, którzy dzisiaj zasilają polski rynek pracy wróci do ojczyzny i wywoła w polskiej gospodarce poważny deficyt kadr. Chodzi wszak o przynajmniej 700 tysięcy miejsc pracy, a to blisko 4,5 proc. polskiej siły roboczej. W warunkach rekordowo niskiego bezrobocia może nam zabraknąć rąk do pracy. Niemniej – koniec wojny przyniesie naszej gospodarce ogrom szans, które trzeba mądrze wykorzystać.